Czego nauczyło mnie moje czteromiesięczne dziecko?

niemowlak

Spośród moich sióstr jestem najstarsza. To ja w domu przecierałam szlaki, to wobec mnie stawiano konkretne oczekiwania, to na moich błędach w negocjacjach z rodzicami mogły uczyć się młodsze siostry. To mi rodzice zabraniali czegoś, na co u młodszych przymykali oko. I to ja ponosiłam konsekwencje każdej gorszej oceny z matmy, no bo potem było już wiadomo, że ta i ta nauczycielka wytłumaczyć nie umie, a w ogóle w naszej rodzinie zdolności matematycznych nie ma. Więc kiedy ode mnie oczekiwano piątek, młodszym nikt już nie truł, gdy wpadła trója, a nawet pała, bo wiadomo, że da się poprawić. Ciągle czekało na mnie jakieś zadanie do wykonania, czyjeś oczekiwania, którym muszę sprostać.

Kiedy komuś coś obiecałam, to za wszelką cenę, na rzęsach stawałam, a słowa dotrzymywałam, choćby miało się dwoić i troić. Kiedy przydzielano mi w pracy jakieś zadanie – nawet po godzinach, ale je kończyłam. Ze służbową komórką nie rozstawałam się na krok. Na maile odpowiadałam w ciągu godziny najpóźniej, a po przyjściu do domu włączałam służbową pocztę.

W domu z kolei niewstawione naczynia do zmywarki, nieskoszona trawa w ogrodzie, nieumyta podłoga potrafiły doprowadzić mnie do szewskiej pasji. No bo jak to tak. Nieporządek w domu?! A potem…

mata edukacyjna

A potem zostałam matką. W moim życiu pojawiła się istota całkowicie ode mnie zależna i całkowicie wymagająca mojej uwagi. I zrozumiałam, że te wszystkie zadania do wykonania mogą poczekać. Czasem nawet muszą, bo moja córka jest na etapie, w którym fascynuje ją otaczający świat. Uwielbia oglądać w parku drzewa. Zadziera do góry głowę, oczy ma tak szerokie jak nigdy, no i usta rozdziawione. Patrząc na nią, pomyślałam, że fajne to, takie prawdziwe. Że mnie mało rzeczy tak pochłania bez reszty, bo nie mam zwyczajnie na nie czasu. Nie mam czasu, żeby spojrzeć na coś głębiej, bardziej. Bo obiad niewstawiony, kibel niewyszorowany, pranie do prasowania. I wtedy dotarło do mnie, że nikt nie oczekuje ode mnie, by wszystkie codzienne sprawy były załatwione zawsze. Że nic się nie stanie, gdy mąż – wracając z pracy – weźmie jakiś obiad na wynos. Że trawę mogę skosić za dzień czy dwa. Albo mogę zatrudnić pomoc domową. Dotarło do mnie, że wszystkie te wyzwania stawiałam przed sobą sama, by sprostać oczekiwaniom, jakie stereotypowo stawia się idealnej żonie, matce, pracownikowi.

Dlatego postanowiłam odpuścić sobie. Spojrzeć na świat po raz pierwszy przez lupę. Zobaczyć to, czego do tej pory nie dostrzegałam, nazwać od nowa to, co straciło swoje znaczenie. A więc na maile nadal odpisuję, ale wtedy, kiedy mam czas na nie odpisać. Telefon dzwoni? Niech dzwoni. Później oddzwonię. A tymczasem podziwiamy z córką drzewa.