Macierzyństwo – straszna rzecz, która spotyka kobietę…

Wózek Joolz

Od dwóch miesięcy jestem mamą. Mamą na pełen etat. Stało się to, o czym czytałam na forach internetowych i blogach parentingowych. Stało się to, co widziałam u swoich koleżanek. Zostałam w domu i opiekuję się dzieckiem. Zrezygnowałam z pracy na rzecz urlopu macierzyńskiego. Kiedyś mój poranek wyglądał tak, że wstawałam rano, brałam szybki prysznic, robiłam makijaż w międzyczasie popijając gorącą, aromatyczną kawę ze spienionym mlekiem, zakładałam spódnicę, bluzkę z kołnierzykiem, zerkałam w kalendarz na moim służbowym smartfonie. Jak było spotkanie, zakładałam też żakiet. W przedpokoju jeszcze wkładałam szpilki na niedużym obcasie i byłam gotowa na podbój świata.

Dziś wstaję rano, biorę płaczącego brzdąca, wędrujemy ospale do łazienki na przewijak, zmieniam ciężką pieluszkę, odkładam brzdąca, myję ręce, wyciągam brzdąca, przystawiam do piersi. Brzdąc je i zasypia… Wtedy jem śniadanie, które zrobił mi mąż przed wyjściem do pracy, delektuję się zimną już zbożówką. Rozbieram się z piżam, żeby wejść pod prysznic, ale właśnie brzdąc się wybudza, bo jeździ jej w brzuchu i spać nie może. Będą bąki jak gradobicie. No nic, prysznic zaczeka. I czasem czeka aż do 18 kiedy mąż wraca z pracy.

Dziecko

I mogłabym tak pisać i pisać… że urlop macierzyński to nie urlop, że jakiś kretyn (a najpewniej facet) wymyślił takie nazewnictwo, że za siedzenie w domu Nobla nie dają, a społeczeństwo myśli, że wychowując dziecko, masz dużo wolnego czasu, bo przecież siedzisz w domu i nic nie robisz, że rząd i państwo nie wspierają matek, że po macierzyńskim wylecisz na bruk, do pracy nie przyjmą z powrotem, a jak przyjmą, to niańki takie drogie, że pół pensji wezmą i w ogóle nie opłaca się wracać, bo przecież w przedszkolu miejsc od dawna i tak nie ma.

To wszystko, moja droga Czytelniczko, znasz – tak jak i ja – z innych blogów, z czeluści internetu, a może Twoja przyjaciółka czy siostra powtarzają te słowa jak mantrę. Znasz już te wszystkie matki, które znam i ja, bo nagle, nie wiedzieć czemu, popularne stało się to, by macierzyństwo odczarować, by mówić „wprost jak jest”. Żeby podkreślić te oczy zapadnięte, noce zarwane. Żeby powiedzieć, że dziecko się drze i wyje. I nie wiedzieć czemu, tym matkom ktoś przyklaskuje. Ludzie piszą „brawo, brawo, mówisz wprost jak jest, bez ogródek, mam tak samo jak ty”. A ja w tej całej „macierzyńskiej tragedii” szukam głębszego sensu. Jeśli dziecko płacze, to znaczy, że coś nie jest tak jak być powinno. My też przeżywamy kolki, moje dziecko też robi kupę po pachy, która nie pachnie fiołkami i lawendą, moje dziecko też czasem ulewa, krzyczy na spacerze, wybudza się w nocy, najchętniej zasypia na rękach, a odkładane do kołyski natychmiast się wybudza. A jednak wolę – gdy przychodzi mi pisać o swoim dwumiesięcznym (haha, wpis poprzedzony wielkim doświadczeniem :D) macierzyństwie – mówić o dziecku, które do mnie się uśmiechnęło pewnego czerwcowego poranka po raz pierwszy i stałam się niepokonana, mówić o dziecku, które urodziło się z bardzo gęstą i bujną czuprynką, która zachwycała cały personel medyczny, wszystkich znajomych, rodzinę. Wolę mówić o dziecku, które było wyczekiwane tak jak czeka się na pierwszą gwiazdkę w wieczór wigilijny. Które było – jeszcze zanim było naprawdę. Bo na USG widziałam kropeczkę, choć serduszko jeszcze nie biło. Wolę mówić o dziecku, które chciałam chronić, gdy okazało się, że ciąża zagrożona, a ja muszę leżeć. I potem, gdy leżałam w szpitalu ponad miesiąc.Bo nie liczyło się nic więcej tylko to, żeby była zdrowa, żeby była.

Dziecko w łóżeczki

A więc płacze? To dobrze, że płacze. Mogła w ogóle nie płakać, mogło jej w ogóle nie być. A jest! Z całym arsenałem huśtawek niemowlęcych przyjmuję ją bez żadnego ale, bez żadnego narzekania. I jestem cała dla niej.