Mój mąż nie pomaga mi przy dziecku

wózek Joolz

Kiedy okazało się, że jestem w ciąży zarówno ja jak i mąż szybko zdaliśmy sobie sprawę, że nasze życie diametralnie się zmieni. Co prawda nie wiedzieliśmy jeszcze jak się zmieni, co się w nim konkretnie zmieni, ale wiedzieliśmy, że na pewno nie będzie tak jak było do tej pory.

Potem okazało się, że jest gorzej niż przypuszczałam, bo dla kogoś żywiołowego, aktywnego zawodowo leżenie w domu, zakaz aktywności oznaczały kompletną katastrofę, nudę i brak samodzielności.

I jeszcze później, gdy pojawiła się już córka. Nie chcieliśmy zapraszać do pomocy dziadków, bo wiedzieliśmy, że musimy sami się wszystkiego nauczyć, a im szybciej oswoimy się z nową sytuacją, tym szybciej uzyskamy spokój i równowagę. „Trzeba zmienić pieluchę”, „skończył się krem na odparzenia, witaminki i puder”, „obiad kup jakiś na mieście, wracając z pracy”,  „no nie, nie mogę jeść przecież kapusty…” – mniej więcej tego typu dialogi prowadziliśmy przez pierwszy miesiąc naszego nowego życia. Totalny chaos, dezorganizacja, wszystko do góry nogami. Jak sobie z tym poradziłam? Jak my sobie z tym poradziliśmy?

Dzięki partnerstwu, równemu podziałowi obowiązków. Ktoś jedzie do pracy, ktoś zostaje w domu z małą. Ktoś robi obiad, to to drugie zrobi śniadanie. Jedno usypia dziecko, drugie wstawia naczynia do zmywarki, ktoś nie śpi w nocy, żeby mógł pospać w dzień. Ktoś wstaje na karmienie, ktoś nosi do odbicia. Ktoś idzie na spacer, więc po drodze robi zakupy. I tak dzień za dniem uczyliśmy się nowej organizacji, uczyliśmy się łączenia kilku rzeczy na raz. Dlatego, kiedy od mojej koleżanki usłyszałam słowa: „fajnego masz męża, tak ci pomaga przy małej”, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego mój mąż miałby mi pomagać. Przecież wychowanie dziecka i zajmowanie się domem to nie jest wyłącznie mój obowiązek, w wypełnieniu którego mąż powinien mnie wspierać. Przecież siedzimy w tym razem. Od początku. Nie chciałabym mieć męża, który tylko pomaga mi przy dziecku. Od mojego partnera oczekuję, że tak samo jak ja będzie umiał dziecku zmienić pieluchę, wykąpać je, uspokoić, wziąć na spacer.

Mój mąż nie musi mi pomagać przy dziecku. Wystarczy, że wypełni swoją część obowiązków.

Oboje uczyliśmy się z położną jak powinno się pielęgnować noworodka. To nie jest tak, że kobiety instynktownie wiedzą, jak to robić, a facet to taki gapa, który dobrze nie zrobi, więc lepiej już zrobić samemu. Nam, kobietom, ta wiedza też nie spada z nieba. Wszystko jest kwestią praktyki. Dlatego oboje się uczyliśmy nowej roli. Dzięki temu mój mąż zna różnicę między pajacem, śpiochami i bodziakiem. Wie, jaki rozmiar pampersów nosi nasze dziecko, zna nazwisko naszego pediatry, wie, jak nastawić sobie pranie, ugotować pomidorówkę czy wyprasować sobie koszulę. Dzięki temu tego czasu wcale nie mamy dla siebie aż tak mało. I mamy poczucie, że możemy na siebie liczyć. Że gramy w jednej drużynie, że jesteśmy zespołem. A to przecież początek dopiero naszej rodzicielskiej drogi.