Patologia (w) ciąży

Noworodek

To już jedna z ostatnich wizyt. Jesteśmy na finiszu. Za chwilę poród – powiedziałam do męża lekko podekscytowana, stojąc przed gabinetem lekarskim.

Lekarz jak zwykle przywitał nas z uśmiechem, spojrzał w kartę ciąży: „taaak, to 34 tydzień. easy” – powiedział, bo cechuje go raczej zwięzły styl. Ale badanie USG nie potwierdzało tego spokoju, jego wzrok był skupiony i wbity w monitor. „Pani Aniu, dziecko trochę mało rośnie. Właściwie od ostatniej wizyty nie przybrało wcale”. Zatrzymałbym panią na kilka dni w szpitalu do obserwacji, co pani na to.

Bez wahania się zgodziłam, a następnego dnia rano już zgłosiłam się na izbie przyjęć. Trafiłam na oddział patologii ciąży. Patologia, pomyślałam, jak spod budki z piwem…

IMG_1611

W myślach powtarzałam to sobie, to trochę do nienarodzonej jeszcze córki słowa lekarza jak mantrę: „34 tydzień. Easy. Damy radę”. W międzyczasie okazało się, że zostanę nie kilka dni, tylko aż do rozwiązania. Moje dziecko będzie monitorowane, badane  poddane setkom innych  jeszcze badań. Powoli zaczęłam się więc oswajać ze szpitalną rzeczywistością, zaznajamiać z innymi pacjentkami i ich diagnozami.

Dziecko z wadą serca, dziecko bez nerek, dziecko hipotroficzne, dziecko z toksoplazmozą… brzmiały wyliczanki. Wszystkie te słowa nabrzmiewały mi w uszach, a myśli pęczniały. W tym szpitalu były ciąże tak skomplikowane, że ciężarne zapraszano w charakterze przykładu, pokazu na wykłady dla lekarzy robiących specjalizację.

Poznałam kobiety, które nie miały skompletowanych wyprawek, a były w jeszcze w starszej ciąży, niż ja. Ja zdążyłam. One nie. Ja zdążyłam, bo mnie nikt nie straszył nikłymi szansami na utrzymanie ciąży, nikt mi nie mówił o wadach płodu, które najpewniej nie pozwolą przeżyć dziecku po urodzeniu. One nie zdążyły… jeszcze. A mimo to wierzyły, trwały i czekały, bo przecież na oddziale patologii właśnie widziało się, niemal dotykało się ciąż, których miało nie być. Rodziło się nowe życie, rzekomo bez szans na przeżycie.

IMG_1679

Poczułam pustkę. I nieistotność tego wszystkiego, do czego przywiązywałam wcześniej wagę. Kocyka pod kolor wózka, zasłon do pokoju, białego kompletu nowych mebli dla dziecka, kosmetyków bez parabenów. To w ogóle nie było już istotne. Ważne wtedy były te wszystkie ciąże, odliczałyśmy z dziewczynami dzień za dniem kolejnych tygodni, kibicowałyśmy sobie od badania do badania, od wizyty do wizyty, od pomiarów USG do pomiarów przepływów pępowinowych. Nieważne stały się pytania, które zadawałam sobie od czasu do czasu: czy będzie podobna do mnie czy do męża, jak zorganizujemy wakacje z maluchem, kim zostanie, gdy dorośnie. Pozostawiłam je tam w szpitalu. Bez odpowiedzi.

Na szczęście moja córa zaczęła przybierać na wadze i rosnąć. Na szczęście miałam dobrego lekarza, który dmuchał na zimne. Urodziłam zdrowe dziecko. I w asyście męża wróciłam do domu. Z poczuciem ulgi i ogromu szczęścia. I z poczuciem dobrze ustawionych priorytetów.

Córeczka: 2870g, 55 cm. :)

Noworodek

 

 

 

  • Alina

    Wzruszający wpis. Gratuluję córeczki!

  • Matka swego dziecka

    Czytam i ryczę. Silne kobiety z was. Gratulacje!